W Duabju mały kryzys... zmęczenie...
Podroz minela nam sprawnie. Najdluzej czekalismy w Warszawie na lotnisku, bo Tomek przywiozl nas o pol do 3 na lotnisko, a lot byl dopiero 17:45. Bagaz nadalismy do Londynu. Pierwszy lot British Airways byl w polowie udany. Start byl bardzo lekki i spokojny, powoli sie wznosil samolot, za to ladowanie w Londynie bylo dlugie i powolne i wszystkim pozatykalo bebenki w uszach. W Londynie odebralismy bagaz i metrem pojechalismy jedna stacje na Terminal 3. Nadalismy bagaz do Perth i bylismy juz gotowi do lotu. Do Dubaju lecielismy 6 godzin. Mnie prawie caly lot strasznie bolala glowa, to chyba od zatok, bo jeszcze do konca sie nie wykurowalem go grypie. W polowie lotu wzielem dodatkowe tabletki przeciwbolowe i Acatar Zatoki i jakos juz przy ladowaniu bylo ok. W Dubaju nie mialem nawet czasu zapalic, a raczej gdzie. Szybko takze tu wszystko zalatwilismy do lotu i czekalismy na samolot, ktory mial male opoznienie. Ta podroz juz trwala 10 godzin. Samolot byl w polowie zapelniony i rodzice mieli dla siebie 4 miejsca w srodku samolotu wiec mogli sie na zmiany klasc i spac. Ja siedzialem obok przy oknie i mialem dwa miejsca ;-) Rodzice bez skrepowania glosno rozmawiali po polsku i zaraz okazalo sie ze jedna stewardessa jest Polka z Krakowa i juz obslugiwala rodzicow po Polsku, wiec z tym nie bylo problemu. Bardzo mila i sympatyczna. Podczas lotu obejrzalem film Slumdog (akurat taka ksiazke sobie tez kupilem na podroz i ja czytalem) oraz Australia. Troche sie dluzylo to podrozowanie, ale podawali trzy posilki (dla mnie wegetarianskie) i jakos czas powoli lecial. Co chwile wode, soki i mamie Baileys, ktore polecila jej Ela. My z tata tylko w samolocie do Dubaju wypilismy wspolnie jedna 100ml wodke Bolszoja. W Perth na lotnisku odprawa tez poszla nam bardzo szybko i nic nam w bagazach nie sprawdzali i momentalnie juz witalismy sie z Vincentem i pakowalismy bagaze do jego dzipa. Po przyjechaniu do domu wypilismy po jednym malym piwku i po powitaniach poszlismy spac. Rano sie obudzilismy ok. 12-13 i po malym sniadaniu i karmieniu malutkiego Devonka odpoczywamy po podrozy. Dzis nigdzie sie nie wybieramy i zostajemy w domu. Moze wieczorem pojde na wzgorza ogladac dzikie kangury ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz